Związki częstochowianki Katarzyny Jakubiak z literaturą są wielopoziomowe – dotychczas ją wykładała i tłumaczyła, a teraz także tworzy. Jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Millersville w Pensylwanii, a w tym semestrze skorzystała z zaproszenia uniwersytetu w Falun i jedzie z rodziną do Szwecji. Za przekład tomu wierszy Yusefa Komunyaki „Pochwała miejsc ciemnych” otrzymała magrodę „Literatury na Świecie”. Dwa miesiące temu wrocławskie Biuro Literackie wydało jej zbiór prozy „Nieostre widzenia”. Jedno z opowiadań, zatytułowane „Historia”, w ciekawy sposób przedstawia przemiany, jakie zachodziły przez ostatnie półwiecze w Częstochowie.

Twoje życie, tak jak prozatorski debiut, rozpięte jest między Polską a Stanami Zjednoczonymi. Dzięki temu, że rok dzielisz na te dwa kraje, zyskujesz ciekawą perspektywę do obserwacji. Wiele rzeczy tu i tam może Cię dziwić, przy czym nie jesteś do końca skazana na nie.
Kiedyś mnie to męczyło, ale zaakceptowałam to i spodobało mi się. Nie popadam w rutynę i mam świeżość spojrzenia. W sensie literackim to bardzo pomocne. Dystans jest korzystny. Gorzej, kiedy zakłada się rodzinę. Natalka urodziła się w Stanach, ale na razie spędziła tam tylko pierwsze cztery miesiące życia. Potem wzięłam urlop macierzyński i przyjechałyśmy do Polski. W czasie urlopu nadal prowadziłam zajęcia z amerykańskimi studentami, tyle że przez internet. Organizacyjnie to trudne, a teraz Szwecja – kolejne wyzwanie, nowa kultura.

Jesteś naukowcem, pisarką i tłumaczką, w której z tych ról czujesz się najlepiej?
Teoretycznie jako pisarka, ale chyba brakuje mi wewnętrznej dyscypliny do bycia nią. Idealnie byłoby mieć czas tylko na pisanie, tak żyć. Piszę z doskoku. Dominuje praca na uczelni. Lubię uczyć, można mieć z tego wielką satysfakcję, tego nauczyłam się w Ameryce. Właściwie, w każdej z tych ról czuję się dobrze. Każda jest inspirująca. Gdyby nie kwestie tłumaczenia czy rozmowy ze studentami, o wielu sprawach bym nawet nie pomyślała.

Na zdjęciu w Częstochowie z mężem – poetą Piotrem Maurem

Jedną z kwestii podejmowanych w Twoich opowiadaniach jest problem pamięci, nieostrej a czasem fałszywej.
Pamięć jest zawodna. Celowo wybrałam taką formę do pisania – ani to dokument, ani fikcja. Literatura zawsze jest kreacją, nawet jeśli wykorzystuje prawdziwe osoby i zdarzenia. Tworzę alternatywną rzeczywistość, wspominam, ale buduję fikcyjne historie. Zachowując „nieostrość widzenia” odcinam się przy okazji od osądzania.

Pamięć o Częstochowie znalazła swoje odzwierciedlenie w „Nieostrych widzeniach”.
Jestem szczególnie przywiązana do Częstochowy. Patrzę na nią przez pryzmat nostalgii. Częstochowa jest magiczna, dzięki duchowości tworzy się tutaj niepowtarzalna aura. Interesuje mnie jako miejsce kultu Czarnej Madonny. Ponieważ w pracy naukowej zajmuję się też kulturami diaspory afrykańskiej, fascynuje mnie to, że na Haiti ta sama katolicka Matka Boska jest czczona jako bogini voodoo. Takie kulturowe „przekłady” są niesamowite. Kiedy tutaj byłam, wydawało mi się, że żyję na prowincji, ale dopiero w Stanach zaczełam mieszkać na prowincji. Tam uniwersytety lokowane są w małych miejscowościach, których mieszkańcy są bardzo zangażowani w sprawy lokalne, a uczelnie z nimi współpracują. Częstochowa ma potencjał. Może ten trend społeczny zawita także tutaj i uwierzymy, że można wspólnie coś robić.

Życzymy sobie tego. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawia: Tomasz Jamroziński
Zdjęcia: Jarosław Respondek

Fragment opowiadania „Historia” Katarzyny Jakubiak poniżej.

Historia

 Ciastkarnię Józefa J. otwarto w Częstochowie zaraz po drugiej wojnie – na parterze starej kamienicy przy Piłsudskiego, którą w latach pięćdziesiątych przemianowano na Świerczewskiego, a w latach dziewięćdziesiątych znów na Piłsudskiego, a potem o mały włos nie przywrócono jej carskiej nazwy Dojazd, bo za sprawą sfrustrowanych listonoszy władze miasta odkryły, że po upadku komunizmu imię marszałka zaczęły nosić dwie różne ulice. Piłsudskiego, Świerczewskiego, Dojazd, czy jakkolwiek chcielibyśmy ją nazwać, w każdym razie ulica, przy której zaraz po wojnie stanęła ciastkarnia, biegła wzdłuż dworca kolejowego, tak że mój dziadek Józef, wyjmując z pieca rozgrzane blachy ze świeżym sernikiem krakowskim, mógł przenosić chrupiące ciasto z pracowni do sklepu w rytm powtarzających się zapowiedzi: „Uwaga, uwaga! Pociąg pośpieszny do Krakowa, przez Ząbkowice, Jaworzno-Szczakowę, Trzebinię, stoi na torze pierwszym przy peronie drugim. Powtarzam…”. Kamienica wskazywana przy każdej wizycie na dworcu, czerwony celofan do pakowania karmelków i pieczątka „Józef J. Wyrób własny, ul. Piłsudskiego 11”, ukryte w kredensie dziadków – to wszystko, co przedstawiono mi na dowód istnienia tamtej ciastkarni. Bo kiedy przyszłam na świat w latach siedemdziesiątych, ciastkarnia na wieloimiennej ulicy, złamana ciężarem domiarów za ponadprodukcję, już od dwudziestu z górą lat zamieniona była w sklep Społem. Za to nowa ciastkarnia, niewiele ode mnie starsza, wystarana setkami podań i łapówek, funkcjonowała już kilka przecznic dalej, w wynajętej suterenie innej, brzydszej kamienicy, na ulicy, która, aż trudno uwierzyć, od początku swojego istnienia niezmiennie nazywała się Katedralna.
Katedralna znajdowała się naturalnie w pobliżu katedry, więc tym razem przygotowywaniu ciast towarzyszyły częste bicie dzwonów kościelnych lub odgłosy nabożeństw. „Bim, bom, bim, bom”, obracała się ogromna mechaniczna łapa, mieszając ciasto w gigantycznej metalowej misie; „święty, święty”, szeroki pędzel malował lukrem ciemne brzegi babki podolskiej; „módl się za nami”, biała chmura cukru pudru opadała przez sitko na rzędy napoleonek.
Do sklepu schodziło się po betonowych stopniach przy małym zakratowanym oknie tuż nad ziemią, pchało się wąskie, cienkie drzwi, deptało czarno-białą szachownicę posadzki, i tam, wewnątrz, za pilśniowym blatem kontuaru, za wysoką dwuszalową wagą, w otoczeniu luster, którymi zabudowane były ściana regału i połowa ściany po przeciwnej stronie, tam właśnie objawiały się półki uginające się od towaru. I był to widok niemal politycznie niebezpieczny, bo w sklepach Społem w tym czasie półki zawsze były puste.
Za to w ciastkarni dziadka, pomnożone w nieskończoność przez przewrotne lustra, rozciągały się bele makowców, połacie jabłeczników, kopce francuskich paluszków, wilgotnych i pękatych ciastek ponczowych. Babcia stała za ladą wśród tego bogactwa, w białym fartuchu i białym czepku na kruczoczarnych włosach. I ogarniając dumnym spojrzeniem zakręconą kolejkę, wychodzącą ze sklepu przez wąskie drzwi aż na betonowe stopnie, zwielokrotnioną jeszcze przez lustra na przeciwległej ścianie, gdzie wąski barek umożliwiał konsumpcję na miejscu, babcia spoglądała na tę obfitość i pytała klientów:
– Czym mogę służyć?
Wtajemniczeni schodzili do ciastkarni od tyłu przez ciemną klatkę schodową cuchnącą stęchlizną i podwójne rozsuwane drzwi umieszczone naprzeciw wiecznie niedoczyszczonej ubikacji. Pomagałam dziadkowi odsuwać te drzwi, z uroczystą miną odmykałam ciężkie kłódki i świadoma swojej uprzywilejowanej pozycji wchodziłam do pracowni, gdzie wielki stół z papierem do pakowania i szpulami sznurka czekał na zamówione ciasta i torty. Na lewo od drzwi stały regały z blachami, pustymi lub pełnymi okrawków i okruchów. Od czasu do czasu na chwilę pojawiały się tam też gorące, świeże ciasta, gotowe na wniesienie do sklepu, kiedy tylko zrobi się dla nich miejsce. Za regałami boczne wejście do cukierni ukazywało profil babci, jeden rękaw białego fartucha, połowę białego czepka na połowie włosów, połowę uśmiechu i dumnego spojrzenia, kiedy ręce ważyły, pakowały, odliczały pieniądze, zgarniając je zręcznie do szuflady z kasą. Zaglądałam tam i wtedy biały rękaw przesuwał się, odsłaniając rząd guzików przy fartuchu, a pełna, roześmiana twarz babci pytała:
– Co zjesz, kochanie? Może serniczka?
I ciach! – do wystających prostokątów półek, do ukośnej tafli lustra babcia zbliżała się z wielkim nożem, nagle podwójnym jak skrzydła wielkiej ważki, i wycinała słodki kawałek, przyprawiony rodzynkami i skórką pomarańczową.
To na drogę, w długie, szare korytarze tego zakładu, lukrowany amulet przeciw olbrzymom, które czyhały w każdym kącie. Olbrzymia waga w rogu przygotowalni, na której dziadek zapowiadał mnie zważyć, zaraz po ogromnych workach cukru i mąki. Olbrzymi, wiecznie gorący piec w następnym pomieszczeniu, z wysokimi drzwiami, które otwierały się i zamykały w regularnych odstępach, przyjmując surowe ciasta i oddając gotowe wypieki. Dalej olbrzymie szafy chłodnicze z paczkami masła, drożdży, kubłami śmietany i kratkami jaj. Olbrzymia maszyna do ubijania białek, z długą trzepaczką, obracającą się niczym perpetuum mobile. Obok szponiasta, zakrzywiona łapa, mieszająca ciasto w gigantycznej metalowej misie. Przy niej – potężna postać dziadka. Od czasów jego młodości, którą znałam tylko z fotografii, ciasto wypełniło i zaokrągliło mu brzuch, pogrubiło nogi, spulchniło policzki. Nie dotarło tylko do ogromnych rąk, które pozostały twarde i kościste. Trzymał się nimi brzegu misy jak burty. Mój potężny dziadek w szerokim żaglu fartucha i z białą czapką na głowie czuwał nad wyrabianiem ciasta.
Czasem cały dzień siedziałam tam wśród olbrzymów, obserwując, jak postacie w białych fartuchach chodzą w tę i z powrotem między pomieszczeniami, przenosząc ciasta, blachy, worki i naręcza półproduktów. Oprócz dziadka był tam także mój ojciec, trochę nie do poznania, jakby mniejszy niż ten, którego znałam z domu. Wystarczyło jedno słowo dziadka, a już stał w kącie i ucierał kruszonkę albo ozdabiał wierzch tortu rajskimi jabłkami i wyciskał z tuby krem orzechowy.
Jest takie stare zdjęcie, które pokazano mi już wtedy, być może dlatego, że na nim mój ojciec był dokładnie moim rówieśnikiem. Na zapiaszczonym miejskim podwórku z trzepakiem i śmietnikiem w tle stoi mój dziadek w białym fartuchu, trzymając za rękę małego chłopca w uszytym specjalnie dla niego białym fartuszku i białej czapce piekarza. Chłopiec – mój ojciec – ma skrzywioną minę, ale stoi posłusznie uczepiony ręki dorosłego, jakby był świadom, że nie uniknie wyznaczonej mu przez los kariery. Coś w nim jeszcze się buntuje, grymasi, wykrzywia usta, ale już fascynują go, podobnie jak mnie później, obfitość ciast, ciepło pieców oraz ruch wielkich ubijaczek i mieszalnic. I powoli uznaje za wrodzony słodki zapach smażonych pączków, którym przesiąknięci są dziadek, babcia, ciotki i on sam; ten zapach, który spadł także na mnie, na moją matkę i siostrę, na całą naszą rodzinę, dla której ciastkarnia była jedyną żywicielką.
Kiedy wspominam tamte obrazy teraz, prawie trzydzieści lat później, po upływie czasu, który czyni ze mnie rówieśnicę dziadka z okresu, kiedy po raz pierwszy otwierał własną ciastkarnię, dziwi mnie, jak bardzo słabo znałam tego fundatora naszego rodowodu. W czasach, od których zaczyna się moja pamięć, dziadek i babcia przeprowadzili się właśnie z kamienicy z zakurzonym podwórkiem do nowych bloków przy ulicy Lelewela. Nazwa Lelewela nie mówiła mi nic, ale lubiłam ją wypowiadać ze względu na miłe uderzenia języka o podniebienie. I lubiłam, kiedy po całym dniu obserwacji olbrzymów w ciastkarni wchodziliśmy na tę ulicę, po obu stronach obwarowaną blokami, niemal identycznymi jak ten, w którym w innej części miasta mieściło się nasze mieszkanie. Przy ulicy Lelewela, w M-4 na pierwszym piętrze, w największym pokoju z telewizorem i dębowym stołem dziadek odpoczywał w szerokim fotelu, paląc papierosa przez żółtą od tytoniu lufkę. Sadzał mnie na kolanach i kołysał w dół i w górę, śpiewając „Patataj, patataj, pojedziemy w cudny kraj!”. Na słowo „kraj” intonacja opadała, a jego kolana prostowały się gwałtownie i leciałam w dół z chichotem, jak na zjeżdżalni. To była moja ulubiona zabawa, więc szybko wdrapywałam się z powrotem i niecierpliwie poklepywałam kolana. „Wio, koniku, wio. Patataj, patataj”.
Takie sceny zapamiętałam, ale przez niezrozumiałe kaprysy pamięci inne, ważniejsze sprawy zatarły mi się we wspomnieniach. (…)